czwartek, 2 lutego 2017

Otworzyłam oczy, nadal byłam w kafejce, ściany znowu stały tam gdzie wcześniej, a ja żyłam.
To był sen, nieprawdopodobnie rzeczywisty, ale jednak sen.
To było dziwne, nigdy nie doświadczyłam tak realnego snu, to była bardziej jak jakaś głupia iluzja...
-Podać Ci coś jeszcze?- z zamyślenia wyrwał mnie zirytowany głos kelnera
-Eee... tak! Poproszę tosta z serem.- Dopiero teraz poczułam jak głód zżera mnie od środka.
-Jasne.
Nie wyglądał na zadowolonego faktem że musiał mnie obsłużyć, pewnie wyglądałam jak ćpunka.
Ten "pies" wydawał mi się znajomy, jestem pewna że gdzieś go widziałam.

Telefon znów zawibrował w kieszeni.
-Czego chcesz Max? Odwal się wreszcie ode mnie!
-Nie wracaj do domu April! Nie wracaj do...
-Max? Max! Co do cholery, Max żarty sobie robisz! Odezwij się!
Szlak by to trafił. wydawało mi się że był zdenerwowany, ale... to na pewno nie przez kłótnie rodziców, te były na porządku dziennym, a teraz, teraz brzmiał tak jakby coś było nie w porządku.
Wybiegłam z kafejki na głośną ulicę, starałam się złapać jakąkolwiek taksówkę, ale dziwnym trafem żadnej nie było w pobliżu.
Gdy z trudem biegłam przez ośnieżone chodniki, próbowałam dodzwonić się do brata, ale nie odpowiadał.
 Potykając się z trudem dotarłam do domu, rzuciłam się na drzwi i tracąc równowagę wylądowałam na zimnej podłodze w kuchni.
Wszystko wydawało się w porządku.
-Max! Max gdzie jesteś?!
-April? Mogłabyś przestać się wydzierać? I przy okazji dlaczego leżysz na podłodze?!
-Ty żyjesz..
-Co? O co Ci chodzi?
-Przecież dzwoniłeś do mnie bym za wszelką cenę nie przychodziła do domu
-Słucham? O czym ty mówisz April! Naćpałaś się czy co?
-Ale...Max,,przecież...nie ważne. Chyba muszę iść się przespać,
Zaszyłam się w swoim pokoju i od razu sprawdziłam spis połączeń
To co ujrzałam na ekranie telefonu zmroziło mi krew w żyłach.
Ostatnie połączenie było po 9 rano, wtedy gdy dzwonił prawić mi kazanie o ucieczce z lekcji, ale przecież...
Przecież słyszałam jego głos, co sie ze mną dzieje, jestem przekonana że z nim rozmawiałam, nie rozumiem, to wszystko jest strasznie pokręcone, pies, telefon, o co tu chodzi?


niedziela, 15 stycznia 2017


Wsiadłam do samochodu, nie będąc przy okazji przygotowana do odśnieżenia go.
Przekręciłam kluczyk i nic. Kolejny raz, znowu nic. No to świetnie, jego limit odpaleń na dzień się skończył. Ten samochód na prawdę jest już stary, ale mój sentyment do niego nie pozwala mi go sprzedać, w sumie to byłby cud gdybym dostała za niego jakiekolwiek pieniądze.
Nie powstrzymał mnie jednak przed ucieczką ze szkoły, zdecydowałam się iść na nogach, gdziekolwiek.
Brnęłam przez lodowaty śnieg, który wkradł mi się już do butów, samochody poruszały się w ślimaczym tempie, a ludzie ślizgali się na nieodśnieżonych chodnikach. Spojrzałam przelotem na mijany plac zabaw, dzieciństwo było takie proste, tak... beztroskie.
Po 20 minutach dość długiej a zarazem monotonnej wędrówki przez zaśnieżone Baker Street
wparowałam do zachęcająco wyglądającej knajpki, uderzył mnie zapach boczku i kawy, przysiadłam na czerwonej kanapie w kącie i poprosiłam o gorącą czekoladę. Ona tylko mogła mnie pocieszyć, czekolada to jedyne co było warte poświęcenia. Tutaj miałam dobry widok na świat.
Skąd ludzie mieli tak dobry humor? Skąd brali uczucia? Czy tylko ja nigdy nie poczułam że kogoś kocham?
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk Iphone'a. Brat. Od niego mogę odebrać, w sumie tylko On do mnie dzwoni, bo Laura wie że i tak od nikogo innego nie odbieram.
-Coś się stało?-zapytałam
-Czy muszę dzwonić do Ciebie tylko wtedy, kiedy coś się wydarzy? Laura dzwoniła i powiedziała ze znowu jej uciekłaś, nie możesz tak wychodzić ze szkoły kiedy chcesz, co z twoją przyszłością April?
-Przestań, Max! Jestem dorosła poza tym nie wtrącaj się w moją przyszłość, skoro ja twierdze że i tak będzie do dupy, to po co mam się jakkolwiek wysilać? Powiedz, jak? Po co?
-Och, ogarnij się April, ogarnij się, i przestań się użalać, jeżeli się postarasz, zawsze możesz cokolwiek zdziałać, wystarczy chcieć, mieć nadzieję, April to Ty jesteś kowalem swojego...
Przestałam słuchać, znowu się powtarzał, ale to nie było głównym powodem mojej nieuwagi, coś zwróciło moją uwagę za oknem. Pies. Nie, nie taki zwykły pies. Czarny, wielki jak niedźwiedź pies. Jeżeli można to nazwać psem. tylko dlaczego wydawało mi się że to dziwne? Przecież tylu ludzi przechodziło obok i nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi.
Poprosiłam kelnera, zapytałam czy widzi tego psa na dworze.
-Zwykły pies, co w nim niesamowitego? Zwykły wyżeł, brałaś coś, czy co?
-Dobra, nie ważne.
Zignorowałam jego pytające spojrzenie.
Pies nadal nie dawał mi spokoju, zauważył mnie, całe moje ciało przeszedł zimny dreszcz gdy ruszył w moim kierunku, nic mi raczej nie groziło w budynku, przede wszystkim jeżeli to faktycznie był to jakiś najzwyklejszy wyżeł a ja byłam pod wpływem, sama nie wiem czego. Ale gdy zbliżał się, poczułam jakby szyba zniknęła, nie szyba, cały lokal, siedziałam na sofie na pustym parkingu, a do mnie podchodził jakiś ohydny stwór. Wpadłam w panikę, przecież nic nie brałam. Wrzucili mi coś do napoju?
Był coraz bliżej. czułam jego gorący oddech na karku, bałam się spojrzeć mu w oczy, bałam się że to będzie ostatnio obraz jaki widziałam na tym świecie. Nie chciałam odchodzić, chciałam tu zostać, jakkolwiek jest źle, chce tu zostać. Moje prośby najwyraźniej nie zostały wysłuchane, pies rzucił się na mnie, a ja poczułam ostry ból w żebrach i ciemność przed oczami.
Zostań April, zostań, nie poddawaj się.

wtorek, 10 stycznia 2017

Mijałam ośnieżone drzewa i budynki, ludzi których równie dobrze jak mnie zaskoczyła zimowa aura, no bo przecież śnieg w lecie nie jest zbyt normalną rzeczą, drogi były pokryte grubym lodem, zaczęłam żałować że nie wzięłam czegoś cieplejszego,niż zwykła polarowa bluza którą nrzuciłam na siebie w pośpiechu. Po 10 minutach, kiedy męczyłam się by znaleźć jakiekolwiek miejce parkingowe, zaparkowałam pod sklepem naprzeciw szkoły.  Czułam że w powietrzu czai się coś niedobrego, w każdym razie musiało, temperatura poniżej zera w środku lata? Tu na pewno coś nie grało.
-April! Widzisz ten śnieg? Przecież to nie normalne, śnieg w środku...
-...lata, tak wiem Laura, śnieg w lipcu nie jest zbyt normalną rzeczą.
-Rodzice?
-Nie rozumiem?
-Jesteś wściekła, rodzice, prawda?
Zauważyłam jej smutne oczy.
-Chodzi o samochód, nie chciał zapalić.- Skłamałam, nienawidziłam kiedy to robiła. Litowała się.
-No tak, nadal dziwi mnie to że nadal jeździ.- Odpowiedziała, ale widziałam że nie dała się na to nabrać, w każdym razie odpuściła, i o to chodziło.
-Odwal się od mojego samochodu, to mój jedyny przyjaciel.
-Dzięki, na prawdę, dzięki.
Weszłyśmy do klasy. Odrzucił mnie zapach silnych perfum, dziewczyny tańczyły przy nowym chłopaku. Nie dawno dołączył do naszej nieszczęsnej klasy, jeszcze brakowało mi jakiegoś wystrojonego kolesia, który miał wodę zamiast mózgu, błagam, ludzie co Wy widzicie w takim typie faceta? Co wy w ogóle widzicie w facetach?
Lekcje minęły mi na słuchaniu Pani Maeson o kremowaniu zwłok, słuchaniu pisków i chichotach dziewczyn na przerwach. Miałam dość, od rana słyszę tylko hałas, musiałam się ulotnić jak najszybciej, nie mogłam dać się zauważyć Laurze, od razu wróciłaby mnie na lekcje, za bardzo się martwi.
Wybiegłam ze szkoły, kiedy skoczyła po hot-doga do sklepiku szkolnego. Od razu tego pożałowałam kiedy poczułam przeszywające zimno. Cholera, do tego znowu zaczął padać śnieg, czy świat już zupełnie zwariował? Co tu się do diabła wyprawia. Ruszyłam w kierunku mojego samochodu, zwolniłam kiedy zauważyłam kogoś a raczej coś przy moim aucie, Cień wielkości mojego samochodu nagle zniknął, a ja zdałam sobie sprawę że faktycznie zaczynam wariować.

Rozdział I




Z pięknego snu wybudziły mnie krzyki z kuchni.
Świetnie, znowu to samo, czy przynajmniej raz w życiu, mogłabym obudzić się w miejscu gdzie Ich nie ma? To nie możliwe...
Wstałam z ciepłego łóżka opuszczając piękny świat snu a przenosząc się tym samym do rzeczywistości, która jest do dupy. Wzięłam z szafy rzeczy a z biurka komórkę, podeszłam do okna , wyjrzałam i zamarłam. Co do....
Śnieg? W lipcu? Czy ja nadal śnię? Jak to w ogóle możliwe? Przecież kieyd zasypiałam był straszny upał. Owszem, uwielbiałam zimę, kochałam uczucie szczypania przez mróz skóry, uwielbiałam orzeźwiające powietrze, ale teraz było lato, śnieg raczej nie mógł być normalną rzeczą o tej porze roku. Czy to w ogóle możliwe? Drzewa, domy dookoła wszystko było pokryte białym puchem, zamknęłam okno bo zaczęło wdzierać się do pokoju mroźne powietrze, temperatura najwyraźniej spadła poniżej zera.
Wyszłam na korytarz, omal nie wpadając na starszego brata który kiwnął mi głową w stronę schodów co pewnie znaczyło że zaraz zmywa się z domu, też miałam to w planach, nie mam ochoty kolejny raz słuchać kłótni rodziców. Udałam się w kierunku łazienki, małej, ale swojej, mieć własną łazienkę to jest to. Niebieskie płytki którymi była wyłożona przypomniały mi o pogodzie panującej za oknem.
Weszłam i wzięłam gorący prysznic oraz ułożyłam moje piękne, lśniace włosy, makijaż też zajął mi trochę czasu.
Żartuję.
Wchodząc pod prysznic potknęłam się i obiłam kolano, ze słuchawki poleciała lodowata woda, która przebiła moje ciało niczym ostre igły. Wychodząc z kabiny spojrzałam tylko w lustro na szopę na głowie i pomyślałam że po co robić jakikolwiek makijaż, kiedy i tak nic to nie da, po co mam się starać?
Zbiegłam po schodach na dół przy okazji potykając się znów o stopień, wchodząc do ciepłej kuchni poczułam zapach naleśników z syropem klonowym, ale krzyki rodziców zupełnie odebrały mi apetyt i przy okazji nastrój który i tak był najlepszy,  chwyciłam jabłko i wybiegłam z domu ignorując wołającą mnie mamę,
Ponownie zamarłam . Śnieg to prawda, wszystko było białe, lodowaty wiatr przywrócił mi znodlność myślenia, wsiadłam do samochodu, z którego odpaleniem męczyłam się przynajmniej z 15 minut.
Nareszcie, chwila wolności, to uczucie kiedy możesz pojechać wszędzie...
 Chyba że nie masz pieniędzy, tak jak ja, wtedy zostaje ci tylko codzienna rutyna.