niedziela, 15 stycznia 2017
Wsiadłam do samochodu, nie będąc przy okazji przygotowana do odśnieżenia go.
Przekręciłam kluczyk i nic. Kolejny raz, znowu nic. No to świetnie, jego limit odpaleń na dzień się skończył. Ten samochód na prawdę jest już stary, ale mój sentyment do niego nie pozwala mi go sprzedać, w sumie to byłby cud gdybym dostała za niego jakiekolwiek pieniądze.
Nie powstrzymał mnie jednak przed ucieczką ze szkoły, zdecydowałam się iść na nogach, gdziekolwiek.
Brnęłam przez lodowaty śnieg, który wkradł mi się już do butów, samochody poruszały się w ślimaczym tempie, a ludzie ślizgali się na nieodśnieżonych chodnikach. Spojrzałam przelotem na mijany plac zabaw, dzieciństwo było takie proste, tak... beztroskie.
Po 20 minutach dość długiej a zarazem monotonnej wędrówki przez zaśnieżone Baker Street
wparowałam do zachęcająco wyglądającej knajpki, uderzył mnie zapach boczku i kawy, przysiadłam na czerwonej kanapie w kącie i poprosiłam o gorącą czekoladę. Ona tylko mogła mnie pocieszyć, czekolada to jedyne co było warte poświęcenia. Tutaj miałam dobry widok na świat.
Skąd ludzie mieli tak dobry humor? Skąd brali uczucia? Czy tylko ja nigdy nie poczułam że kogoś kocham?
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk Iphone'a. Brat. Od niego mogę odebrać, w sumie tylko On do mnie dzwoni, bo Laura wie że i tak od nikogo innego nie odbieram.
-Coś się stało?-zapytałam
-Czy muszę dzwonić do Ciebie tylko wtedy, kiedy coś się wydarzy? Laura dzwoniła i powiedziała ze znowu jej uciekłaś, nie możesz tak wychodzić ze szkoły kiedy chcesz, co z twoją przyszłością April?
-Przestań, Max! Jestem dorosła poza tym nie wtrącaj się w moją przyszłość, skoro ja twierdze że i tak będzie do dupy, to po co mam się jakkolwiek wysilać? Powiedz, jak? Po co?
-Och, ogarnij się April, ogarnij się, i przestań się użalać, jeżeli się postarasz, zawsze możesz cokolwiek zdziałać, wystarczy chcieć, mieć nadzieję, April to Ty jesteś kowalem swojego...
Przestałam słuchać, znowu się powtarzał, ale to nie było głównym powodem mojej nieuwagi, coś zwróciło moją uwagę za oknem. Pies. Nie, nie taki zwykły pies. Czarny, wielki jak niedźwiedź pies. Jeżeli można to nazwać psem. tylko dlaczego wydawało mi się że to dziwne? Przecież tylu ludzi przechodziło obok i nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi.
Poprosiłam kelnera, zapytałam czy widzi tego psa na dworze.
-Zwykły pies, co w nim niesamowitego? Zwykły wyżeł, brałaś coś, czy co?
-Dobra, nie ważne.
Zignorowałam jego pytające spojrzenie.
Pies nadal nie dawał mi spokoju, zauważył mnie, całe moje ciało przeszedł zimny dreszcz gdy ruszył w moim kierunku, nic mi raczej nie groziło w budynku, przede wszystkim jeżeli to faktycznie był to jakiś najzwyklejszy wyżeł a ja byłam pod wpływem, sama nie wiem czego. Ale gdy zbliżał się, poczułam jakby szyba zniknęła, nie szyba, cały lokal, siedziałam na sofie na pustym parkingu, a do mnie podchodził jakiś ohydny stwór. Wpadłam w panikę, przecież nic nie brałam. Wrzucili mi coś do napoju?
Był coraz bliżej. czułam jego gorący oddech na karku, bałam się spojrzeć mu w oczy, bałam się że to będzie ostatnio obraz jaki widziałam na tym świecie. Nie chciałam odchodzić, chciałam tu zostać, jakkolwiek jest źle, chce tu zostać. Moje prośby najwyraźniej nie zostały wysłuchane, pies rzucił się na mnie, a ja poczułam ostry ból w żebrach i ciemność przed oczami.
Zostań April, zostań, nie poddawaj się.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz